Moje upadki i wzloty.
Skasowałam tego bloga już jakiś czas temu, ale dziś mnie naszło wskutek namowy koleżanek na pisanie i próba przywrócenia dyrdymałek jakoś się udała. No, bo to jedyne miejsce, gdzie teraz mogę sobie pobajdurzyć. Dobrze, że dają czas 90 dni na "opamiętanie się".
Przez ten okres "niechciejstwa" nic konkretnego się u mnie nie wydarzyło, nie licząc paru wyjazdów do doktorów i wizyt kuzynostwa.
Wiosna u nas przez moje okna wygląda pięknie. Kwitną wszystkie drzewa owocowe, nawet ozdobne też się popisują. Jedna azalia to już nawet przekwitła. Druga jeszcze trochę kwiecia ma, ale wietrzyska codzienne zdmuchują je systematycznie. Azalie pewnie jeszcze nie kwitną tak w ogóle, ale nasze, zakupione tydzień temu, chyba trochę podpędzone sztucznie były, stąd to kwiecie wczesne.
Miniony tydzień był pod znakiem demolki.
Najpierw w mojej kabinie prysznicowej mąż wymieniał odpływ. Coś tam się zepsuło i przepuszczało wyziewy z szamba. Trzeba było wykuć starą kratkę, poszerzyć otwór i zamontować nowe ustrojstwo, podobno lepsze ( się okaże 😍). Teraz to wszystko schnie i się utwardza, a ja się myję jak kot łapą. Mąż korzysta z wanny i prysznica nad nią, ja, niestety, tam nie wlezę, musiałabym mieć specjalny przyrząd, który by mnie tam wkładał i potem wyjmował. ALE JUŻ JUTRO PODOBNO BĘDZIE MOŻNA KORZYSTAĆ z mojego prysznica.
Dziś robiliśmy małą demolkę w kuchni. Skróciło się jedną z szafek (nie o głowę, ale tę spodnią część😂), żeby zrobić miejsce na sprzęcior który dostaliśmy w prezencie na pięćdziesięciolecie małżeństwa. Ma to ustrojstwo mnóstwo zastosowań, a do tej pory stało "bezczynnie" w spiżarce, bo się nie mieściło na blacie. Było trochę przekładania, ale udało się i teraz będziemy wypiekać, siekać, miksować, i co kto tam chce.
O przydatności w codziennym życiu tego typu sprzętów mam swoje zdanie, ale o tym to już może następnym razem.