Obserwatorzy

piątek, 5 czerwca 2026

donosik informacyjny.......................

 Połowa pierwszej dekady czerwca za nami a ja się dopiero zabieram za rozrachunki pomajowe.

Maj mieliśmy imprezowy. O trzech majówkach pisałam w poprzednich postach, ale doszły jeszcze trzy okazje spotkaniowe. 

16 - przedurodzinowe spotkanie z tutejszymi znajomymi. Było zimno, więc siedzieliśmy w domu. Fotek nie robiłam. Grillowaliśmy w airfrayerze'

17- urodzinowo sensu stricte. Byli nasi lubelscy znajomi. Też siedzieliśmy w domu, bo pogoda niewyjściowa była, ale spacerek goście odbyli. 

Jubilat w prezentowym kapeluszu.


Zadzwonił też syn z UK, że przylecą całą rodziną na następny weekend. No i się zaczęło czekanie, a potem ślęczenie przed szybką i gapienie się w mały żółty samolocik na mapie. 

No, ale się doczekaliśmy. 



Przylecieli w sobotę, do nas dotarli gdzieś tak w okolicach godz. 22, jeszcze pogaduchy do północy i spanko.

Niedziela intensywnie spędzona. Pośniadaniu harce i hulanki na dworze. 




Eryk z zapałem ujeżdżał mój elektryczny wózek, Kalina wspinała się na drzewa,  grali w piłkę i w kometkę. Takie tam różne wygłupy i wygibasy. Skutek - synowa podczas robienia gwiazdy uszkodziła sobie "siedzenie" i musiała w restauracji siedzieć na "połowie". Inne straty to wybita szyba na tarasiku i zbity kubek (mój "kawowy").

Potem wyjazd na obiad do restauracji z widokiem na jezioro. 


Po powrocie ognisko, marshmellows i kiełbaski na patyku. 



A w poniedziałek rano wyjazd na lotnisko.



 I tyle się nacieszyliśmy. Dzieci miały tydzień jakichś ichniejszych ferii wiosennych i zabukowany pobyt na kempingu, Tak więc we wtorek przepakowali bambetle, wzięli namiot i różne sprzęty i pojechali gdzieś nad staw  łowić ryby i uprawiać różne aktywności. 

Wszyscy złapali po rybie. Potem je wypuścili z powrotem do stawu. Fajnie sobie ten tydzień spędzili.


A my we wtorek do szpitala. Miałam wyznaczony zabieg chirurgiczny . Poszło szybko i bezboleśnie, ale ręka "nieczynna" przez tydzień. W środę zdjęli mi szwy, teraz już cokolwiek mogę zrobić, ale póki co, to oszczędzam ją i jeżdżę wózkiem elektrycznym, chociaż bardzo go nie lubię. Ale jak mus, to mus. Szwy miałam na wewnętrznej stronie prawej dłoni, pod palcem środkowym i na przegubie. Pisać też już jako tako mogę. Przez tydzień po tym zabiegu zawiesiłam się na Netfliksie i oglądałam co akurat pokazywali na stronie głównej. 

O, prawie zapomniałam o jeszcze jednej wizycie. Odwiedziły nas dawne blokowe sąsiadki. Jedna miejscowa, druga z Kanady. Urlopowała sobie w Polsce. Wczoraj odleciała do domu. 

No i chyba tyle tego dobrego. Czerwiec zapowiada się bezwizytowo. Może jakiś wyjazd, ale to jak mi ręka zupełnie wydobrzeje, bo na razie trudno mi się wsiada do samochodu.



piątek, 15 maja 2026

przedawkowałam..............................

 W sobotę mieliśmy gości "po rodzinie". Pogoda dopisała, obiad się udał, cała reszta też. Debatowaliśmy jak zwykle nad tym, gdzie to pojedziemy następnym razem na jakąś mini wycieczkę, i jak zwykle nie została uchwalona ani pora, ani miejsce. Odłożone do przedyskutowania następnym razem. To taka ciągle aktualna dyskusja, z której nic nie wynika ale temat do rozmowy jest. 

Fotka "rozpustna" - kawa, lody, ciacho na słoneczku. Szwagierka "rozgolaszona" bo jej zawsze  ciepło,, ja naubierana, bo ostatnimi czasy ciągle mi zimno, mąż naubierany jak zwykle.




Wczoraj byliśmy na pikniku w lesie, organizowanym przez związek emerytów, rencistów i inwalidów z okazji dnia inwalidy i 90-tych urodzin kilku członkiń. Występowaliśmy jako goście , bo członkami związku nie jesteśmy od jakiegoś czasu. Mówiono, że zostaliśmy zaproszeni z sympatii. Nawet kwiatka dostałam. Pięknego białego storczyka.

Było grillowo i biesiadnie. Jakieś zawody i gry  zespołowe. Fajnie. 

A ja się raczyłam nalewką pigwową, Ale za dużo wypiłam, Była wyjątkowo dobra i pięknie "wchodziła". W sam raz tak na humorek. Polaków rozmowy, wspominanie różnych znajomych, którzy się po Polsce rozpierzchli, no i oczywiście zaproszenia do odwiedzin, które się pewnie skończą jak zwykle, czyli - wpadniemy, wpadniemy i potem nie wpadamy. Ale takie życie. Każdy ma swoje sprawy i priorytety . Ale pogadać można, bo to miłe przecież jest.

A z tą nalewką to trochę przedobrzyłam i dziś mam pragnienie jak po śledziach solonych z beczki. 

W niedzielę mąż ma urodziny. Trzecie Ćwierćwiecze mu stuknie. No i goście będą. I w sobotę i w niedzielę. Oby pogoda dopisała, to się posiedzi na tarasie. Obiad zaplanowany. Zakupy się robią. Z powodu remontu pomieszczenia gospodarczego mamy nieczynny piekarnik , tak więc będą gotowce.

A na razie zanosi się na jakąś wielką burzę. Niebo granatowe i wiatr hula.

Do następnego...........................


piątek, 8 maja 2026

pomajówkowo.........................

 Od soboty aż do dziś była piękna pogoda "na krótki rękaw". Dziś jest zimno i siąpi deszcz. Nie mam nic "przeciwko", bo susza jest i deszcz potrzebny. Nie tylko roślinom, ale strażakom gaszącym pożar Puszczy Solskiej. Ale przydałaby się solidniejsza ulewa, bo taka kapanina biedna niewiele może.

W sobotę rzuciło nas do Rymanowa. Potrójna okazja - imieniny i urodziny mężowskiego brata, i majowy weekend.

W sobotę "tradycyjne grillowanie" i spotkanie rodzinne, w niedzielę wypad na kawę i lody do parku zdrojowego. 

Do domu wracałam ledwie ciepła z powodu grillowego jedzenia. Dopiero leki na niestrawność przywróciły mnie do normalności.

W tę sobotę będzie rewizyta. Mąż ma za tydzień urodziny i będzie przedterminowe spotkanie, bo akurat w urodziny "tamtym" wypada komunia u wnuczki.

Myślę, co by tu uszykować takiego lżejszego do jedzenia i stawiam na drób i sałatki. Mąż stawia na "gotowce" i chyba mu ulegnę, bo bez jego pomocy sama niewiele zrobię.

Z innej beczki.

Mąż zakupił kwiecie co zwie się mandevilla. Okazuje się, że to wymagająca roślina. Do ogrodu można ją wystawiać dopiero po zimnej Zośce. No i tak teraz suwamy donicą z tym kwiatkiem "w te i we w te", bo jest wrażliwa na zimno i na noc zabieramy ją do domu. To skutek zaufania pana małżonka do pań sklepowych, które mu "doradzają" przy zakupach. Kwiatek drogi, już trochę zmarniał, mam nadzieję, że może się uchowa.


No i to by było tyle na dziś. Do następnego....................................

środa, 29 kwietnia 2026

plany i po planach..............

 Dziś miałam wizytę u ortopedy. Wyznaczył mi termin zabiegu na cieśnię nadgarstka i strzelający palec równo za miesiąc, czyli 26 maja. Akurat na dzień matki. Wysiedziałam w kolejce kilka godzin. Czy się zdecyduję - jeszcze nie wiem, boję się gojenia po tym zabiegu bardziej niż samego cięcia. Się zobaczy.

Mieliśmy jutro jechać do Rymanowa na majówkę i urodziny z imieninami szwagra. Niestety, wyjazd się nam przesunął z powodu pogrzebu (zmarł ojciec synowej) aż na sobotę, tym samym planowane wyjezdne szaleństwo zakupowe poszło się bujać. No, chyba że zostaniemy do poniedziałku. Ale jak znam życie, małżonek będzie chciał jechać do domu już w niedzielę, najchętniej zaraz po śniadaniu, bo zawsze tak jest. Pierzemy te kilometry "w te i we w te", nigdzie nie wstępując po drodze, chyba że z powodu potrzeb fizjologicznych robimy przystanek gdzieś na stacji benzynowej. W takim pośpiechu, jak by się nam za plecami paliło. Ale chłopa po siedemdziesiątce już się chyba nie uda mi zmienić, jest, jak jest.

Na te zakupy chciałam się wybrać z bratową męża jako głosem doradczym i pchaczem wózkowym.

 Fajnie się z nią kupuje. Zobaczymy, może się uda jednak w poniedziałek jednak plan zrealizowac.

Nie wiadomo jak tu się ubrać i na pogrzeb i na wyjazd, bo pogoda piętrowa. Z góry grzeje słońce, dołem zimne wiatry hulają. Na razie używam jeszcze cieplejszej kurtki, bo jakaś taka niedogrzana jestem. Trzeba będzie "zacebulkować". A ja tak nie lubię mieć dużo rzeczy nawkładanych. No, ale jak trza to trzeba. Łatwiej się rozbierać, niż marznąć. Na sobotę zapowiadają ładną pogodę. No i dobrze, bo będzie "party w krzakach" czyli grillowanie na ogródkach szwagrowskich.

Na kolację mam zamiar popełnić placki warzywne, a tym samym zniewolić małżonka do uruchomienia tego super robota, o którym wcześniej pisałam, Niech się wykażą obydwaj, mąż i robot. Ale jak wyjdzie to się dopiero okaże.

No i na razie tyle. Jakoś nie mogę się po długiej przerwie wciągnąc znowu w pisanie.


niedziela, 26 kwietnia 2026

powrót.......

 Moje upadki i wzloty.

Skasowałam tego bloga już jakiś czas temu, ale dziś mnie naszło wskutek namowy koleżanek na pisanie i próba przywrócenia dyrdymałek jakoś się udała. No, bo to jedyne miejsce, gdzie teraz mogę sobie pobajdurzyć. Dobrze, że dają czas 90 dni na "opamiętanie się".

Przez ten okres "niechciejstwa" nic konkretnego się u mnie nie wydarzyło, nie licząc paru wyjazdów do doktorów i wizyt kuzynostwa.

Wiosna u nas przez moje okna wygląda pięknie. Kwitną wszystkie drzewa owocowe, nawet ozdobne też się popisują. Jedna azalia to już nawet przekwitła. Druga jeszcze trochę kwiecia ma, ale wietrzyska codzienne zdmuchują je systematycznie. Azalie pewnie jeszcze nie kwitną tak w ogóle, ale nasze, zakupione tydzień temu, chyba trochę podpędzone sztucznie były, stąd to kwiecie wczesne.

Miniony tydzień był pod znakiem demolki. 

Najpierw w mojej kabinie prysznicowej mąż wymieniał odpływ. Coś tam się zepsuło i przepuszczało wyziewy z szamba. Trzeba było wykuć starą kratkę, poszerzyć otwór i zamontować nowe ustrojstwo, podobno lepsze ( się okaże 😍). Teraz to wszystko schnie i się utwardza, a ja się myję jak kot łapą. Mąż korzysta z wanny i prysznica nad nią, ja, niestety, tam nie wlezę, musiałabym mieć specjalny przyrząd,  który by mnie tam wkładał i potem wyjmował. ALE JUŻ JUTRO PODOBNO BĘDZIE MOŻNA KORZYSTAĆ z mojego prysznica.

Dziś robiliśmy małą demolkę w kuchni. Skróciło się jedną z szafek (nie o głowę, ale tę spodnią część😂), żeby zrobić miejsce na sprzęcior który dostaliśmy w prezencie na pięćdziesięciolecie małżeństwa. Ma to ustrojstwo mnóstwo zastosowań, a do tej pory stało "bezczynnie" w spiżarce, bo się nie mieściło na blacie.  Było trochę przekładania, ale udało się i teraz będziemy wypiekać, siekać, miksować, i co kto tam chce.

O przydatności w codziennym życiu tego typu sprzętów mam swoje zdanie, ale o tym to już może następnym razem.



sobota, 21 lutego 2026

No i odlecieli.............................



 Wczoraj moje ptaszki wyfrunęły z gniazda. Już są u siebie, a od poniedziałku szkoła i rutynowe zajęcia. Kalina: kadeci, granie i jiu jitsu , Eryk piłka nożna i orkiestra szkolna. Co drugi dzień jakieś zajęcia im wypadają. Ja oczywiście z nosem na flight radarze, obserwowałam sobie "ichni" odlatujący samolocik".

No ale u nas doznały wszelkich zimowych rozkoszy - w pierwszy dzień lepiły bałwana z resztek śniegu, który został po lekkiej odwilży, w nocy śniegu dosypało.  Na drugi dzień pojechali na  lodowisko, tata dodatkowo proponował aquapark, ale nie chciały, bo przecież śnieg czekał. Wrócili do domu, usypali śniegową górę i ćwiczyli tarzanie się w śniegu, przewroty, pady, co kto chce. 

Dwa dni od rana do wieczora spędzili na stoku narciarskim. Najpierw ośla łączka, potem już zjeżdżali z najwyższego stoku. Szybko się nauczyli jak na początkujących, którzy narty widzieli tylko na obrazku. 

Zaliczyli też mały kulig, zjeżdżanie na sankach z górki i lepienie igloo. 

W czwartek byli na targu (obowiązkowo), potem pojechali do starszego syna. Tam mieli też inne, równie atrakcyjne rozrywki. Jeździli ciężarówką, traktorem i taką ładowarką z widłami, koparką i nie wiem czym tam jeszcze. Wypróbowali cały sprzęt gospodarski.

Wieczorami graliśmy w różne gry planszowe, karty. Nawet starczyło im czasu na trzymanie nosów w telefonach i rozmowy z mamą, 

Myślę, że to były dla nich naprawdę fajne ferie. I poszczęściło  się nam  tym śniegiem.

Wczoraj przed odjazdem jeszcze odczyniali do ostatniej chwili te śniegowe harce. U nich w tym czasie lało, typowa "angielska pogoda".

Teraz pozostaje mi oczekiwanie do następnego przyjazdu i tęsknota. Dobrze, że są video rozmowy, to widzimy się przez szybkę raz w tygodniu, ale to nie to samo przecież. 

Zuzia wczasowała się na obozie treningowym w Murzasichlu. Też mieli atrakcji sporo, narty, snowbord, chyba dla naszej Zuźki aż za dużo, bo przed odjazdem do domu coś sobie zrobiła w kolano i nie mogła nawet chodzić, Podstawową opiekę dostała na miejscu, ale w poniedziałek muszą ją rodzice wziąć do jakiegoś specjalisty. Z czym przesadziła - czy z nartami, czy z treningiem czy z harcami na śniegu, tego za chińskiego boga nie chce wyjawić. Jak się wyjaśni co z tym kolanem i odzyska sprawność, to może na drugi tydzień ferii wpadnie do dziadków. Ale zdrowie najważniejsze, niech się najpierw wykuruje.


poniedziałek, 26 stycznia 2026

dyrdymałkowe hobby....

https://www.facebook.com/reel/1535618750827705 

Moje głowne hobby to szybkowanie i czytanie. Kiedyś jeszcze były to robótki ręczne, teraz rączki już nie takie i nie dają rady.

"Szybka" to ekran telewizora albo komputera - takie wyjaśnienie dla tych, którzy nie znają mnie z wpisów na portalu, który "pamiętnikarzy" pozbawił możliwości pamiętnikowania. Wymyślił je dawno temu mój ojciec, jak "nastały telewizory".

W szybkach oglądam seriale , filmy, gram w jakieś tam mało skomplikowane gry typu układanki, pasjanse, mahjong, czy puzzle, czytam też ebooki, bo papierowych nie ma mi kto dostarczać. 

Ostatnio też namiętnie oglądam samoloty odlatujące i  startujące na trudnych lotniskach z krótkim pasem. wiem, że to symulacje, ale i tak dreszczyk emocji miewam.

Teraz doszło mi oglądanie rolek, a konkretnie filmików z różnych koncertów , które się odbywają na lotniskach, w supermarketach czy na ulicy. Przeważnie jest to fortepian, pianino, wiolonczela i skrzypce. No i klarnet. Dołączają do grającego ludzie z różnymi instrumentami, czasem ktoś śpiewa. 

Jak oni grają i śpiewają!!!!

Wysłuchałam różnych czardaszów, arii, Vivaldiego, piosenek zespołu Quinn i wielu innych. Utwory znane i lubiane. Przy niektórych płakałam rzewnymi łzami.

Oglądam też rolki z chłopcem Tommy'm i jego psem Tuffy'm. Pies to wielki dog , pod którego brzuchem Tommy swobodnie się mieści. Chłopiec z zapałem uczy psa różnych rzeczy. Można się pośmiać i wzruszyć.

No i karate. Oglądam walki kumite i pokazy kata. Usiłuję zrozumieć na czym ten sport polega i nawet mi się częściowo udaje. 

No i czekam na ferie. Najpierw wnuczka ma brać udział w turnieju karate w Londynie, potem syn i wnuczęta z UK mają przylecieć na tydzień feriowania w Polsce. Może śnieg doleży , żeby można było zorganizować jakieś zimowe rozrywki typu kulig czy narty.

I tym optymistycznym akcentem kończę moje dzisiejsze dyrdymałki.

Do następnego......................

wtorek, 13 stycznia 2026

porażka i inne kuchenne dyrdymałki....................

 Żeby tak dopuścić, że w domu nie ma nic słodkiego - zapytał retorycznie mój mąż, bo to on u nas jest od zaopatrzenia między innymi w słodkości. No i naczelnym łasuchem.

Po tym stwierdzeniu rzucił się w wir bełtania "porażki".

Porażka to taka nasza domowa nazwa ciasta z owocami.  Robi się szybko, jest niedrogie, smaczne, owoce dodawać można też z kompotu, czy mrożone. Wzięła się stąd ta nazwa, że kiedyś, w czasach, gdy jeszcze ja rządziłam garami - z wizytą zapowiedzieli się szwagrostwo , więc postanowiłam się popisać się przed nimi ciastem ze śliwkami. Naszykowałam co trzeba, włożyłam do pieca, po "przewidzianym ustawowo" czasie ciasto wyjęliśmy na stół. Z wierzchu piękne, od spodu takoż, a w środku płynna lawa. No porażka! Co robić? Albo bełtać nowe, albo ratować co się da. Ciasto z powrotem do formy i do piekarnika. Tym razem wyjęliśmy już upieczone, ale na skutek tego przekładania straciło na urodzie straszliwie. Ale zyskało na smaku. Mąż z bratem pochłonęli całą zawartość blaszki (brat też łasuch), nam z bratową dostały się brzeżki, ale "nie krzywdowałyśmy sobie", przynajmniej ja, bo najbardziej właśnie lubię brzeżki z ciasta.

Nazwa "porażka" się przyjęła i została. Dziś też będzie ze śliwkami (mrożonymi). 

Przez to pieczenie mężowi się zdaje , że dziś niedziela. Bo przez cały tydzień "dojadał" jakieś ciasteczka jeszcze powigilijne i trochę podeschnięte pierniczki, i dzielnie się bronił przed pieczeniem. 

 W kuchni mamy dziś zero waste. Zupa koperkowo-pulpetkowa (na wywarze z gotowania pulpetów) z ryżem i kapusta z grochem, jeszcze wigilijna. Za dużo na wigilię ugotowałam, co zostało to się zamroziło , no ale w końcu trzeba to zjeść. Pewnie taka "goła" nie będzie. 

Mąż nosi się z zamiarem dorzucenia do kapusty po kawałku kiełbasy. Biedak, przez zimę cierpi na brak zajęcia i wymyśla cuda wianki. Zakupy zrobione wczoraj, posesja odśnieżona też wczoraj, wyoglądane w tv wszystkie snookery i tenisy oraz siatkówki, zabiegi pielęgnacyjne zrobione. W piecu co. napalone. Chyba mu podpowiem, że jeszcze galaretkę na deser mógłby zrobić.😍


Porażka stygnie. Można ją przypudrować cukrem, polukrować, albo jeść z tzw. zniszczem, czyli gołą.

No i tyle na dziś dyrdymałek.😍🙋‍♀️

sobota, 10 stycznia 2026

doczekałam się................

 Przez cały tydzień czekałam na sobotę. Z dwóch powodów: - po pierwsze - wnuczka miała brać udział w turnieju karate, po drugie - seniorzy w sobotę śpiewają.

Jak już doczekałam sobotniego ranka, to zaczęło się buszowanie po stronach karateckich w poszukiwaniu linka do transmisji z zawodów. Sama nie znalazłam, więc posiłkowałam się Czatem GPT, Copilotem i czym się dało. Nic nie znaleźliśmy. Transmisji nie było. 

W końcu udało mi się znaleźć drabinki kumite i rozczarowałam się od razu, bo wydawało mi się, że wnuczka zebrała "baty" zaraz w pierwszej walce. Tak bywa. 

Zajęłam się oglądaniem serialu "Bestia we mnie" . Parę razy musiałam przewijać, bo mnie drzemki dopadały. No ale udało mi się coś tam obejrzeć. 

Po Voice Senior, którym się nie zachwyciłam,  zajrzałam jeszcze raz do tych drabinek. I cóż się okazało- wnuczka wygrała jeszcze inne walki i w sumie zgarnęła srebrny medal w swojej kategorii. 

Zdjęcia zamieścił klub wnuczki. Oglądałam może 100 razy. Nawet syn i synowa załapali się na triumfalną fotkę.

Dzisiejszy dzień oczywiście też zaczęłam od kawy i oglądania fotek.


Teraz czekam na wydarzenia zagraniczne. Wnuczka z rodzicami w lutym leci na zawody do Londynu. Spotkają się  też rodzinnie z angielskimi. Potem angielscy przylatują na ferie do dziadków. Czekania, a
 czekania pod dostatkiem.



Zima trwa. Właśnie dosypuje drobny śnieżek i mróz się lekki też rozgościł na dobre.

piątek, 2 stycznia 2026

no i mamy zimę................

 Nastała i u nas. Na jak długo - tego nie wie nikt. Ale od rana sypie śniegiem. Raz drobniuteńkim, raz grubym; puder,  który leżał do tej pory na ziemi, przeobraził się już w niezłą kołderkę. Do jutra będzie pierzyna, taka jak to dawniej bywały, maszyna odśnieżająca pójdzie w ruch.

Póki co, oprócz codziennego wynoszenia śmieci, mąż nie ma zajęcia i z upodobaniem stoi przy garach, z czego ja się cieszę, bo gotowanie nie jest moim ulubionym. Ale przez to stałam się zupełnie bezrobotna i dni mijają mi na drzemkach przed telewizorkiem.

Do przyjazdu dzieci na ferie jeszcze 1,5 miesiąca. Chciałabym, aby się ten śnieg utrzymał, bo saneczkowanie to dla nich frajda. U siebie tego nie mają. No ale "wola boska i skrzypce" - co będzie, to będzie, wpływu na pogodę nie mam.

Powinnam uporządkować drugą komodę, ale tak mi się nie chce! pewnie jak już niczego w szufladach nie będę mogła znaleźć, to się za to zabiorę. 

Nadal oglądam Homeland i przysypiam na co drugim odcinku, ale jestem już przy szóstej serii, mam nadzieję, że dobrnę do końca. Wyprodukowano osiem sezonów. I przysypiam nie dlatego, że nudne, tylko dlatego, że starcze drzemki mnie bez powodu dopadają.

Coś tam podczytuję, długą przerwę miałam, jak czytam, to czytam, jak przestaję, to potem trudno mi się wciągnąć na nowo. Bo tak już mam, że książkę muszę przeczytać od razu, w całości, do odłożonych na zaś czasem nie wracam. 

I właściwie na dzisiaj tyle dyrdymałków.