Obserwatorzy

piątek, 15 maja 2026

przedawkowałam..............................

 W sobotę mieliśmy gości "po rodzinie". Pogoda dopisała, obiad się udał, cała reszta też. Debatowaliśmy jak zwykle nad tym, gdzie to pojedziemy następnym razem na jakąś mini wycieczkę, i jak zwykle nie została uchwalona ani pora, ani miejsce. Odłożone do przedyskutowania następnym razem. To taka ciągle aktualna dyskusja, z której nic nie wynika ale temat do rozmowy jest. 

Fotka "rozpustna" - kawa, lody, ciacho na słoneczku. Szwagierka "rozgolaszona" bo jej zawsze  ciepło,, ja naubierana, bo ostatnimi czasy ciągle mi zimno, mąż naubierany jak zwykle.




Wczoraj byliśmy na pikniku w lesie, organizowanym przez związek emerytów, rencistów i inwalidów z okazji dnia inwalidy i 90-tych urodzin kilku członkiń. Występowaliśmy jako goście , bo członkami związku nie jesteśmy od jakiegoś czasu. Mówiono, że zostaliśmy zaproszeni z sympatii. Nawet kwiatka dostałam. Pięknego białego storczyka.

Było grillowo i biesiadnie. Jakieś zawody i gry  zespołowe. Fajnie. 

A ja się raczyłam nalewką pigwową, Ale za dużo wypiłam, Była wyjątkowo dobra i pięknie "wchodziła". W sam raz tak na humorek. Polaków rozmowy, wspominanie różnych znajomych, którzy się po Polsce rozpierzchli, no i oczywiście zaproszenia do odwiedzin, które się pewnie skończą jak zwykle, czyli - wpadniemy, wpadniemy i potem nie wpadamy. Ale takie życie. Każdy ma swoje sprawy i priorytety . Ale pogadać można, bo to miłe przecież jest.

A z tą nalewką to trochę przedobrzyłam i dziś mam pragnienie jak po śledziach solonych z beczki. 

W niedzielę mąż ma urodziny. Ćwierćwiecze mu stuknie. No i goście będą. I w sobotę i w niedzielę. Oby pogoda dopisała, to się posiedzi na tarasie. Obiad zaplanowany. Zakupy się robią. Z powodu remontu pomieszczenia gospodarczego mamy nieczynny piekarnik , tak więc będą gotowce.

A na razie zanosi się na jakąś wielką burzę. Niebo granatowe i wiatr hula.

Do następnego...........................


piątek, 8 maja 2026

pomajówkowo.........................

 Od soboty aż do dziś była piękna pogoda "na krótki rękaw". Dziś jest zimno i siąpi deszcz. Nie mam nic "przeciwko", bo susza jest i deszcz potrzebny. Nie tylko roślinom, ale strażakom gaszącym pożar Puszczy Solskiej. Ale przydałaby się solidniejsza ulewa, bo taka kapanina biedna niewiele może.

W sobotę rzuciło nas do Rymanowa. Potrójna okazja - imieniny i urodziny mężowskiego brata, i majowy weekend.

W sobotę "tradycyjne grillowanie" i spotkanie rodzinne, w niedzielę wypad na kawę i lody do parku zdrojowego. 

Do domu wracałam ledwie ciepła z powodu grillowego jedzenia. Dopiero leki na niestrawność przywróciły mnie do normalności.

W tę sobotę będzie rewizyta. Mąż ma za tydzień urodziny i będzie przedterminowe spotkanie, bo akurat w urodziny "tamtym" wypada komunia u wnuczki.

Myślę, co by tu uszykować takiego lżejszego do jedzenia i stawiam na drób i sałatki. Mąż stawia na "gotowce" i chyba mu ulegnę, bo bez jego pomocy sama niewiele zrobię.

Z innej beczki.

Mąż zakupił kwiecie co zwie się mandevilla. Okazuje się, że to wymagająca roślina. Do ogrodu można ją wystawiać dopiero po zimnej Zośce. No i tak teraz suwamy donicą z tym kwiatkiem "w te i we w te", bo jest wrażliwa na zimno i na noc zabieramy ją do domu. To skutek zaufania pana małżonka do pań sklepowych, które mu "doradzają" przy zakupach. Kwiatek drogi, już trochę zmarniał, mam nadzieję, że może się uchowa.


No i to by było tyle na dziś. Do następnego....................................

środa, 29 kwietnia 2026

plany i po planach..............

 Dziś miałam wizytę u ortopedy. Wyznaczył mi termin zabiegu na cieśnię nadgarstka i strzelający palec równo za miesiąc, czyli 26 maja. Akurat na dzień matki. Wysiedziałam w kolejce kilka godzin. Czy się zdecyduję - jeszcze nie wiem, boję się gojenia po tym zabiegu bardziej niż samego cięcia. Się zobaczy.

Mieliśmy jutro jechać do Rymanowa na majówkę i urodziny z imieninami szwagra. Niestety, wyjazd się nam przesunął z powodu pogrzebu (zmarł ojciec synowej) aż na sobotę, tym samym planowane wyjezdne szaleństwo zakupowe poszło się bujać. No, chyba że zostaniemy do poniedziałku. Ale jak znam życie, małżonek będzie chciał jechać do domu już w niedzielę, najchętniej zaraz po śniadaniu, bo zawsze tak jest. Pierzemy te kilometry "w te i we w te", nigdzie nie wstępując po drodze, chyba że z powodu potrzeb fizjologicznych robimy przystanek gdzieś na stacji benzynowej. W takim pośpiechu, jak by się nam za plecami paliło. Ale chłopa po siedemdziesiątce już się chyba nie uda mi zmienić, jest, jak jest.

Na te zakupy chciałam się wybrać z bratową męża jako głosem doradczym i pchaczem wózkowym.

 Fajnie się z nią kupuje. Zobaczymy, może się uda jednak w poniedziałek jednak plan zrealizowac.

Nie wiadomo jak tu się ubrać i na pogrzeb i na wyjazd, bo pogoda piętrowa. Z góry grzeje słońce, dołem zimne wiatry hulają. Na razie używam jeszcze cieplejszej kurtki, bo jakaś taka niedogrzana jestem. Trzeba będzie "zacebulkować". A ja tak nie lubię mieć dużo rzeczy nawkładanych. No, ale jak trza to trzeba. Łatwiej się rozbierać, niż marznąć. Na sobotę zapowiadają ładną pogodę. No i dobrze, bo będzie "party w krzakach" czyli grillowanie na ogródkach szwagrowskich.

Na kolację mam zamiar popełnić placki warzywne, a tym samym zniewolić małżonka do uruchomienia tego super robota, o którym wcześniej pisałam, Niech się wykażą obydwaj, mąż i robot. Ale jak wyjdzie to się dopiero okaże.

No i na razie tyle. Jakoś nie mogę się po długiej przerwie wciągnąc znowu w pisanie.


niedziela, 26 kwietnia 2026

powrót.......

 Moje upadki i wzloty.

Skasowałam tego bloga już jakiś czas temu, ale dziś mnie naszło wskutek namowy koleżanek na pisanie i próba przywrócenia dyrdymałek jakoś się udała. No, bo to jedyne miejsce, gdzie teraz mogę sobie pobajdurzyć. Dobrze, że dają czas 90 dni na "opamiętanie się".

Przez ten okres "niechciejstwa" nic konkretnego się u mnie nie wydarzyło, nie licząc paru wyjazdów do doktorów i wizyt kuzynostwa.

Wiosna u nas przez moje okna wygląda pięknie. Kwitną wszystkie drzewa owocowe, nawet ozdobne też się popisują. Jedna azalia to już nawet przekwitła. Druga jeszcze trochę kwiecia ma, ale wietrzyska codzienne zdmuchują je systematycznie. Azalie pewnie jeszcze nie kwitną tak w ogóle, ale nasze, zakupione tydzień temu, chyba trochę podpędzone sztucznie były, stąd to kwiecie wczesne.

Miniony tydzień był pod znakiem demolki. 

Najpierw w mojej kabinie prysznicowej mąż wymieniał odpływ. Coś tam się zepsuło i przepuszczało wyziewy z szamba. Trzeba było wykuć starą kratkę, poszerzyć otwór i zamontować nowe ustrojstwo, podobno lepsze ( się okaże 😍). Teraz to wszystko schnie i się utwardza, a ja się myję jak kot łapą. Mąż korzysta z wanny i prysznica nad nią, ja, niestety, tam nie wlezę, musiałabym mieć specjalny przyrząd,  który by mnie tam wkładał i potem wyjmował. ALE JUŻ JUTRO PODOBNO BĘDZIE MOŻNA KORZYSTAĆ z mojego prysznica.

Dziś robiliśmy małą demolkę w kuchni. Skróciło się jedną z szafek (nie o głowę, ale tę spodnią część😂), żeby zrobić miejsce na sprzęcior który dostaliśmy w prezencie na pięćdziesięciolecie małżeństwa. Ma to ustrojstwo mnóstwo zastosowań, a do tej pory stało "bezczynnie" w spiżarce, bo się nie mieściło na blacie.  Było trochę przekładania, ale udało się i teraz będziemy wypiekać, siekać, miksować, i co kto tam chce.

O przydatności w codziennym życiu tego typu sprzętów mam swoje zdanie, ale o tym to już może następnym razem.



sobota, 21 lutego 2026

No i odlecieli.............................



 Wczoraj moje ptaszki wyfrunęły z gniazda. Już są u siebie, a od poniedziałku szkoła i rutynowe zajęcia. Kalina: kadeci, granie i jiu jitsu , Eryk piłka nożna i orkiestra szkolna. Co drugi dzień jakieś zajęcia im wypadają. Ja oczywiście z nosem na flight radarze, obserwowałam sobie "ichni" odlatujący samolocik".

No ale u nas doznały wszelkich zimowych rozkoszy - w pierwszy dzień lepiły bałwana z resztek śniegu, który został po lekkiej odwilży, w nocy śniegu dosypało.  Na drugi dzień pojechali na  lodowisko, tata dodatkowo proponował aquapark, ale nie chciały, bo przecież śnieg czekał. Wrócili do domu, usypali śniegową górę i ćwiczyli tarzanie się w śniegu, przewroty, pady, co kto chce. 

Dwa dni od rana do wieczora spędzili na stoku narciarskim. Najpierw ośla łączka, potem już zjeżdżali z najwyższego stoku. Szybko się nauczyli jak na początkujących, którzy narty widzieli tylko na obrazku. 

Zaliczyli też mały kulig, zjeżdżanie na sankach z górki i lepienie igloo. 

W czwartek byli na targu (obowiązkowo), potem pojechali do starszego syna. Tam mieli też inne, równie atrakcyjne rozrywki. Jeździli ciężarówką, traktorem i taką ładowarką z widłami, koparką i nie wiem czym tam jeszcze. Wypróbowali cały sprzęt gospodarski.

Wieczorami graliśmy w różne gry planszowe, karty. Nawet starczyło im czasu na trzymanie nosów w telefonach i rozmowy z mamą, 

Myślę, że to były dla nich naprawdę fajne ferie. I poszczęściło  się nam  tym śniegiem.

Wczoraj przed odjazdem jeszcze odczyniali do ostatniej chwili te śniegowe harce. U nich w tym czasie lało, typowa "angielska pogoda".

Teraz pozostaje mi oczekiwanie do następnego przyjazdu i tęsknota. Dobrze, że są video rozmowy, to widzimy się przez szybkę raz w tygodniu, ale to nie to samo przecież. 

Zuzia wczasowała się na obozie treningowym w Murzasichlu. Też mieli atrakcji sporo, narty, snowbord, chyba dla naszej Zuźki aż za dużo, bo przed odjazdem do domu coś sobie zrobiła w kolano i nie mogła nawet chodzić, Podstawową opiekę dostała na miejscu, ale w poniedziałek muszą ją rodzice wziąć do jakiegoś specjalisty. Z czym przesadziła - czy z nartami, czy z treningiem czy z harcami na śniegu, tego za chińskiego boga nie chce wyjawić. Jak się wyjaśni co z tym kolanem i odzyska sprawność, to może na drugi tydzień ferii wpadnie do dziadków. Ale zdrowie najważniejsze, niech się najpierw wykuruje.


poniedziałek, 26 stycznia 2026

dyrdymałkowe hobby....

https://www.facebook.com/reel/1535618750827705 

Moje głowne hobby to szybkowanie i czytanie. Kiedyś jeszcze były to robótki ręczne, teraz rączki już nie takie i nie dają rady.

"Szybka" to ekran telewizora albo komputera - takie wyjaśnienie dla tych, którzy nie znają mnie z wpisów na portalu, który "pamiętnikarzy" pozbawił możliwości pamiętnikowania. Wymyślił je dawno temu mój ojciec, jak "nastały telewizory".

W szybkach oglądam seriale , filmy, gram w jakieś tam mało skomplikowane gry typu układanki, pasjanse, mahjong, czy puzzle, czytam też ebooki, bo papierowych nie ma mi kto dostarczać. 

Ostatnio też namiętnie oglądam samoloty odlatujące i  startujące na trudnych lotniskach z krótkim pasem. wiem, że to symulacje, ale i tak dreszczyk emocji miewam.

Teraz doszło mi oglądanie rolek, a konkretnie filmików z różnych koncertów , które się odbywają na lotniskach, w supermarketach czy na ulicy. Przeważnie jest to fortepian, pianino, wiolonczela i skrzypce. No i klarnet. Dołączają do grającego ludzie z różnymi instrumentami, czasem ktoś śpiewa. 

Jak oni grają i śpiewają!!!!

Wysłuchałam różnych czardaszów, arii, Vivaldiego, piosenek zespołu Quinn i wielu innych. Utwory znane i lubiane. Przy niektórych płakałam rzewnymi łzami.

Oglądam też rolki z chłopcem Tommy'm i jego psem Tuffy'm. Pies to wielki dog , pod którego brzuchem Tommy swobodnie się mieści. Chłopiec z zapałem uczy psa różnych rzeczy. Można się pośmiać i wzruszyć.

No i karate. Oglądam walki kumite i pokazy kata. Usiłuję zrozumieć na czym ten sport polega i nawet mi się częściowo udaje. 

No i czekam na ferie. Najpierw wnuczka ma brać udział w turnieju karate w Londynie, potem syn i wnuczęta z UK mają przylecieć na tydzień feriowania w Polsce. Może śnieg doleży , żeby można było zorganizować jakieś zimowe rozrywki typu kulig czy narty.

I tym optymistycznym akcentem kończę moje dzisiejsze dyrdymałki.

Do następnego......................

wtorek, 13 stycznia 2026

porażka i inne kuchenne dyrdymałki....................

 Żeby tak dopuścić, że w domu nie ma nic słodkiego - zapytał retorycznie mój mąż, bo to on u nas jest od zaopatrzenia między innymi w słodkości. No i naczelnym łasuchem.

Po tym stwierdzeniu rzucił się w wir bełtania "porażki".

Porażka to taka nasza domowa nazwa ciasta z owocami.  Robi się szybko, jest niedrogie, smaczne, owoce dodawać można też z kompotu, czy mrożone. Wzięła się stąd ta nazwa, że kiedyś, w czasach, gdy jeszcze ja rządziłam garami - z wizytą zapowiedzieli się szwagrostwo , więc postanowiłam się popisać się przed nimi ciastem ze śliwkami. Naszykowałam co trzeba, włożyłam do pieca, po "przewidzianym ustawowo" czasie ciasto wyjęliśmy na stół. Z wierzchu piękne, od spodu takoż, a w środku płynna lawa. No porażka! Co robić? Albo bełtać nowe, albo ratować co się da. Ciasto z powrotem do formy i do piekarnika. Tym razem wyjęliśmy już upieczone, ale na skutek tego przekładania straciło na urodzie straszliwie. Ale zyskało na smaku. Mąż z bratem pochłonęli całą zawartość blaszki (brat też łasuch), nam z bratową dostały się brzeżki, ale "nie krzywdowałyśmy sobie", przynajmniej ja, bo najbardziej właśnie lubię brzeżki z ciasta.

Nazwa "porażka" się przyjęła i została. Dziś też będzie ze śliwkami (mrożonymi). 

Przez to pieczenie mężowi się zdaje , że dziś niedziela. Bo przez cały tydzień "dojadał" jakieś ciasteczka jeszcze powigilijne i trochę podeschnięte pierniczki, i dzielnie się bronił przed pieczeniem. 

 W kuchni mamy dziś zero waste. Zupa koperkowo-pulpetkowa (na wywarze z gotowania pulpetów) z ryżem i kapusta z grochem, jeszcze wigilijna. Za dużo na wigilię ugotowałam, co zostało to się zamroziło , no ale w końcu trzeba to zjeść. Pewnie taka "goła" nie będzie. 

Mąż nosi się z zamiarem dorzucenia do kapusty po kawałku kiełbasy. Biedak, przez zimę cierpi na brak zajęcia i wymyśla cuda wianki. Zakupy zrobione wczoraj, posesja odśnieżona też wczoraj, wyoglądane w tv wszystkie snookery i tenisy oraz siatkówki, zabiegi pielęgnacyjne zrobione. W piecu co. napalone. Chyba mu podpowiem, że jeszcze galaretkę na deser mógłby zrobić.😍


Porażka stygnie. Można ją przypudrować cukrem, polukrować, albo jeść z tzw. zniszczem, czyli gołą.

No i tyle na dziś dyrdymałek.😍🙋‍♀️

sobota, 10 stycznia 2026

doczekałam się................

 Przez cały tydzień czekałam na sobotę. Z dwóch powodów: - po pierwsze - wnuczka miała brać udział w turnieju karate, po drugie - seniorzy w sobotę śpiewają.

Jak już doczekałam sobotniego ranka, to zaczęło się buszowanie po stronach karateckich w poszukiwaniu linka do transmisji z zawodów. Sama nie znalazłam, więc posiłkowałam się Czatem GPT, Copilotem i czym się dało. Nic nie znaleźliśmy. Transmisji nie było. 

W końcu udało mi się znaleźć drabinki kumite i rozczarowałam się od razu, bo wydawało mi się, że wnuczka zebrała "baty" zaraz w pierwszej walce. Tak bywa. 

Zajęłam się oglądaniem serialu "Bestia we mnie" . Parę razy musiałam przewijać, bo mnie drzemki dopadały. No ale udało mi się coś tam obejrzeć. 

Po Voice Senior, którym się nie zachwyciłam,  zajrzałam jeszcze raz do tych drabinek. I cóż się okazało- wnuczka wygrała jeszcze inne walki i w sumie zgarnęła srebrny medal w swojej kategorii. 

Zdjęcia zamieścił klub wnuczki. Oglądałam może 100 razy. Nawet syn i synowa załapali się na triumfalną fotkę.

Dzisiejszy dzień oczywiście też zaczęłam od kawy i oglądania fotek.


Teraz czekam na wydarzenia zagraniczne. Wnuczka z rodzicami w lutym leci na zawody do Londynu. Spotkają się  też rodzinnie z angielskimi. Potem angielscy przylatują na ferie do dziadków. Czekania, a
 czekania pod dostatkiem.



Zima trwa. Właśnie dosypuje drobny śnieżek i mróz się lekki też rozgościł na dobre.

piątek, 2 stycznia 2026

no i mamy zimę................

 Nastała i u nas. Na jak długo - tego nie wie nikt. Ale od rana sypie śniegiem. Raz drobniuteńkim, raz grubym; puder,  który leżał do tej pory na ziemi, przeobraził się już w niezłą kołderkę. Do jutra będzie pierzyna, taka jak to dawniej bywały, maszyna odśnieżająca pójdzie w ruch.

Póki co, oprócz codziennego wynoszenia śmieci, mąż nie ma zajęcia i z upodobaniem stoi przy garach, z czego ja się cieszę, bo gotowanie nie jest moim ulubionym. Ale przez to stałam się zupełnie bezrobotna i dni mijają mi na drzemkach przed telewizorkiem.

Do przyjazdu dzieci na ferie jeszcze 1,5 miesiąca. Chciałabym, aby się ten śnieg utrzymał, bo saneczkowanie to dla nich frajda. U siebie tego nie mają. No ale "wola boska i skrzypce" - co będzie, to będzie, wpływu na pogodę nie mam.

Powinnam uporządkować drugą komodę, ale tak mi się nie chce! pewnie jak już niczego w szufladach nie będę mogła znaleźć, to się za to zabiorę. 

Nadal oglądam Homeland i przysypiam na co drugim odcinku, ale jestem już przy szóstej serii, mam nadzieję, że dobrnę do końca. Wyprodukowano osiem sezonów. I przysypiam nie dlatego, że nudne, tylko dlatego, że starcze drzemki mnie bez powodu dopadają.

Coś tam podczytuję, długą przerwę miałam, jak czytam, to czytam, jak przestaję, to potem trudno mi się wciągnąć na nowo. Bo tak już mam, że książkę muszę przeczytać od razu, w całości, do odłożonych na zaś czasem nie wracam. 

I właściwie na dzisiaj tyle dyrdymałków. 


środa, 31 grudnia 2025

ach ten Sylwester...................

 Chłopaki z sąsiedztwa nie mogą się doczekać północy. Już o czwartej puszczali pierwsze fajerwerki.

U nas skromnie sylwestrujemy.  Zrobiłam sałatkę grecką, do tego grzanki pełnoziarniste i po pralince na deser. Wystarczy... No, chyba że coś tam jeszcze wpadnie. 

O północy lampka szampan - mam nadzieję, że pomoże się przespać całonocnie, jak nie to poprawię tabletką. Mąż mi dzisiaj kupił jakieś ziołowe usypiacze, bo zdecydowanie dosyć mam tych przerw śródnocnych.

A jutro koncert noworoczny z Wiednia obowiązkowo, a poza tym dzień jak co dzień. 



wtorek, 30 grudnia 2025

takie tam..................

 Mamy  mieć dziś wizytę duszpasterską.

W oczekiwaniu:

- mąż nie pojechał po zakupy, chleb upiekł sam, reszta jedzonka jeszcze się tajniaczy w lodówce, 

- zjedliśmy byle jaki obiad na szybko: smażone wczorajsze ziemniaki, jajko sadzone i ogórek kiszony (no bo nie wiadomo czy przyjdzie i  kiedy przyjdzie, więc się nie rozkładamy z gotowaniem, kolacyjką się niedobory uzupełni).

- uporządkowałam swoją  jedną szafę i jedną komodę, 

- przeczytałam poradnik bezpieczeństwa, który mi państwo przysłało,

- nastawiłam pranie, 

- odbyłam poświąteczną rozmowę z siostrzenicą,

- wymyślam atrakcje dla angielskich, mają przylecieć w połowie lutego - na tydzień(!!!),

- ułożyłam 3 obrazki z puzzli i dwa pasjanse, 

- chyba się wezmę za czytanie.

Jutro sylwester. Nie wiem czy dotrwam do północy, żeby wypić po kieliszku szampana. Dziś znowu miałam 3 godziny przerwy śródnocnej.



niedziela, 28 grudnia 2025

poświąteczne rozkminy................wieloczęściowe

 Mężowskie rozterki (kopia z pamiętnika na "Lekkiej").

W wigilię mąż miotał się z choinką. Jak już pisałam, postanowiliśmy, że w tym roku będzie tylko stroik. Ale chyba nie chciało mu się iść po jedlinę do ogrodu, więc się udał na strych, jednak po choinkę.   Najpierw zniósł stolik, na którym ta choinka zazwyczaj stoi. Umył z kurzu, przytargał na "miejsce postoju\" i stwierdził, że jednak nie będzie choinki znosił ze strychu, bo zakurzona i takie tam...

Wsiadł do samochodu i pojechał po ostatnie zakupy, odgrażając się, że kupi albo stroik albo nową choinkę. Zakupy drobne zrobił. ale ani choinki ani stroika nie kupił, bo się po drodze rozmyślił. Stargał jednak tę choinkę ze strychu, ubraliśmy ją wspólnymi siłami, no i jest. 


Oczekiwanie
Stołu nie zastawialiśmy, bo oczekiwaliśmy na przyjazd dzieci po tropikalnych wojażach.
 Symbolicznie sobie zjedliśmy barszczyk, rybkę i kapustę i zasiedliśmy przed swoimi szybkami. 
Ja operowałam na dwóch ekranach - jedno oko na Kevina samego w domu, drugie na Flightradar', z mężowskiego pokoju leciały kolędy spod Tatr.

Jak już naocznie przekonałam się, że około 23 z minutami wylądowali, to ucięłam sobie drzemkę, obliczywszy, że przyjazd zajmie im około 3-4 godzin.

Samolot miał opóźnienie, samochód odebrali dopiero o 24.30. Syn zadzwonił do męża, żeby na nich nie czekać, bo jadą do siebie, bo jest mróz i będą grzać mieszkanie po dwutygodniowej nieobecności. Mąż na takie dictum poszedł w kimono, mnie nie budził. O niczym nie wiedząc, spałam sobie spokojnie do 3 rano, a potem albo mi się zdawało, że widzę światła samochodu prześlizgujące się po moich oknach, albo mi się to przyśniło, albo ktoś sobie skrócił przejazd do drogi przez naszą działkę. Tak czy siak - zerwałam się z łoża, pojechałam do kuchni szykować gary na przyjazd, bo chociaż to nie były światła ich samochodu, to przecież wkrótce przyjadą. 

O piątej rano zorientowałam się jak jakiś bystrzak, że jednak chyba pojechali do domu i zaczęłam sobie wymyślać "mowę powitalną" na temat tego, jak to przecież można było matkę zawiadomić. 

Mąż wstał o siódmej i powiedział mi o telefonie, słysząc jak się "miotam". No to odłożyłam "mowę powitalną" na inną okazję.

Piesek.

Dzieci przyjechały około południa. Opowieści, zdjęcia, filmiki, jedzenie wigilijne. Świąteczne poszło do  lodówki . Poprzestawiały nam się te dni świąteczne.

A piesek nie mógł się nacieszyć. Obawiałam się, że ogon mu odpadnie z tego szczęścia.

 U nas miał przytulaski ale nie za często. Wczoraj syn dzwonił i mówił, że pieskowi jeszcze wciąż  mało przytulanek. A na odjezdne - jedno merdnięcie ogonem i już w samochodzie.

W następny dzień pogadaliśmy z rodziną angielskich oglądaliśmy podchoinkowe prezenty, karaoke w wykonaniu dziewczyn i panów (masakra), uśmialiśmy się po pachy z tych występów męskich. 

Reszta świąt upłynęła nam na drzemkach i ocknięciach.

Dziś mąż popełnił bigos resztkowy i prawie się rozprawiliśmy z tym świętowaniem. 

Dosyć już tego świętowania, a tu jeszcze sylwester i nowy rok przed nami.

wtorek, 23 grudnia 2025

powyjazdowo.....................

Wróciłam pełna wyjazdowych wrażeń.
Badania krótkie, wyniki dobre - czytaj - stosownie do wieku. Pani doktor zadowolona, my z mężem też. Leki pobrane, życzenia świąteczne złożone i odebrane.  Następna wizyta w marcu. 

Spotkanie koleżeńskie tradycyjnie w leclerkowej restauracji. Jedna nieobecna, reszta dopisała. Pochwaliliśmy się naszymi gadżetami jubileuszowymi (mąż to wszystko zabrał!).
Kawa, jedzonko, opłatek, pogaduszki i zaskoczenie, bo dostaliśmy prezenty z okazji byłego jubileuszu małżeńskiego. Jeden konkretny, trochę bardzo fajnych drobiazgów. 
Krótko to trwało, nieraz "urzędujemy" parę godzin, dziś tylko dwie, bo przed świętami każdy miał coś jeszcze pilnego do zrobienia. Jedzenie nie świąteczne. Akurat pierogi wyszły, były tylko z nadzieniem z kaczki. Wybory mieliśmy różnorodne - ja placek po węgiersku, mąż pizza, małżeństwo koleżeńskie - też pizza na pół, koleżanka jedna pierohi z tą kaczką, druga jarskie gołąbki, trzecia nic nie chciała, tylko herbatę, ale że nasze porcje były wielkie, to wmusiliśmy w nią po trochu od każdego. 
Trochę żartów w wykonaniu kolegi Stasia, trochę dyskusji na temat sytuacji i stosunków polsko-ukraińskich, trochę różnych wspomnieniowych historii, i do domu. Mąż zdążył po powrocie jeszcze oblecieć sklepy i dokupić co nieco z tego, co "niezbędne" na święta, wykupił też zamówiony lek dla mnie. 
Piesek zaopiekowany, szalał ze szczęścia jak wróciliśmy do domu i jeszcze "wyprowadził męża na spacer". 
Jest OK.
Zabieram się do robienia ryby po grecku.
Jutro w nocy przylecą dzieci z wywczasów tropikalnych. Może jutro odnajdę tę magię świąteczną.

czwartek, 18 grudnia 2025

Choinka......................

 Ubierać, nie ubierać........................

Nie chce nam się. 

Wnuki  duże, Zuzia wpadnie może na jeden dzień tuż po powrocie z tropików. Choinką już się nie ekscytuje. Inne plewy ma w głowie. Rodzice postanowili, że świat nie obchodzą. Tyrają ciężko przez cały rok, potem lecą gdzieś w tropiki na zasłużony relaks i odpoczynek.

"Angielskie" swoją choinkę ubrały już 1 grudnia.

My z mężem co roku mamy ten problem, odkąd dzieci wyfrunęły z domu. Rzadko razem z nimi  świętujemy a jak już, to wtedy ubieramy to drzewko, stroimy chatę itd. 

Choinkę mamy sztuczną, trochę już naruszoną zębem czasu, ozdoby i bombki raczej w stylu vintage (niektóre jeszcze pamiętają moje dzieciństwo, czyli mają dobre ponad pół wieku). Można by  było wyciąć jakąś żywą z ogródka, ale niszczyć drzewko na kilka dni?

Pewnie zostaniemy przy stroiku. Tylko ja nie mam drygu do robienia ozdób. Ale jakąś gałąź może uda mi się jako tako ozdobić. Stroiki zawsze miałam od szkolnych dzieci. Różne, czasem koślawe, czasem piękne, ale dawane z sercem, to i cieszyły oko.

No nie wiem, "się zobaczy". 

Mąż zakupił cukierki na choinkę, połowę już zjadł, stwierdził, że z miseczki są równie dobre, co zerwane z drzewka. Jak się zdecydujemy na drzewko, to najwyżej się jeszcze dokupi.

O magii świąt i o tym, dlaczego jej nie czuję może napiszę innym razem.


środa, 10 grudnia 2025

śródnocnie...................................

 Moje dolegliwości zerwały mnie dziś ( a właściwie to wczoraj💤) o trzeciej. I tak się bujam. 

Mężowi moje bujanie spać nie dało i też się zerwał przed świtem - przed piątą.

No to co, to wzięliśmy się do kucharzenia. Ugotował się groch, grzyby i kapusta na kapustę wigilijną. Teraz jeszcze udusić cebulę, doprawić, i niech się dusi. 

Może jeszcze jakiś placek popełnię, a potem będę odsypiać. Oprócz zaplanowanego ciasta zwanego "korą dębu" kusi mnie też piernik Ewy Wachowicz. Przepis łatwy, może mnie skusi. 

W dzień pewnie będę odsypiać zarwaną noc, ale na razie jeszcze mnie nie łamie. To sobie latam po socialach.


wtorek, 9 grudnia 2025

informacyjnie................

 Oj ciężko mi się było zebrać do napisania czegokolwiek. 

Wydarzyło się jednak coś w moim monotonnym żywocie, to jest okazja do rozkręcenia się.

W niedzielę przyjechali synostwo w komplecie - syn, synowa i wnuczka. No i piesek. Przyjechali późno, poherbatkowali, wymieniliśmy trochę "informacji", zostawili pieska i pojechali szykować się do wyjazdu. Dziś już lecą gdzieś tam w tropiki. Wrócą w noc wigilijną, to może w tym roku chociaż trochę poświętujemy nie tylko we dwoje. Będzie okazja do ubrania choinki i naszykowania sterty jadła.

W poniedziałek świętowaliśmy 50 lat związku małżeńskiego. Rodzinnie świętowaliśmy 5 lipca. Mieliśmy party ogródkowe w naszym sadzie.

Wczoraj świętowaliśmy gminnie. Urząd organizuje co dwa lata takie święto (żeby było więcej uczestników?). Było 28 par małżeńskich + notable.

Najpierw obowiązkowo uroczystość w kościele. Msza, przemowy i odnowienie (?) przysięgi.

Potem w restauracji część świecka. Przemowy, toast i dekoracja . Medale za "zasługi", dyplom, kwiaty, prezent, fotki z notablami. 

Atmosfera miła, ale jubilaci stonowani. Bez szaleństw. 

Obiad, deser i tort okolicznościowy . 

Przygrywał dyskretnie zespół młodych muzyków. Podobało mi się. Klasyczne przeboje polskie i światowe swingujące albo jazzujące. Jeden z uczestników miał ochotę na tańce, reszta jednak się nie wychylała. Po obiedzie towarzystwo zaczęło powoli się rozchodzić, no to i my się ewakuowaliśmy. Ale cały dzień wypełniony. Potem już tylko herbatka, serial i spanko.

Panie były wystrojone odświętnie. Suknie w różnych kolorach, plisowanki. Fryzury prosto od fryzjera. (Jak to mawiała moja siostra - świąteczne "grempliny" przyodziały. Młodzi to chyba nawet nie wiedzą co to te "grempliny".  Tak naprawdę to coś, to kremplina,  materiał półelastyczny na suknie. Noszony w ubiegłym stuleciu. Żartuję sobie w tym momencie), panowie w garniturach (na ogół). Cały przebieg uroczystości obfotografowano, a burmistrz zrelacjonował na fejsbuku.

Wczoraj też były moje imieniny. 

Niestety, rodzina z życzeniami zapomniała się wychylić. Starszy syn z przychówkiem zaaferowany kończeniem pilnych prac w gospodarstwie i wyjazdem, młodszy jakoś zupełnie zapomniał, co mu się wcześniej nie zdarzało. Mąż przypomniał sobie dziś rano (lepiej późno😊 niż później). Siostra zaabsorbowana chorobą męża. Tylko siostra męża zadzwoniła w niedzielę, bo wiedziała, że w poniedziałek będziemy się ceremoniować. 

No i koleżanki telefoniczne dopisały. Takie, z którymi mam kontakt telefoniczny właśnie przy okazji imienin, świąt, itp.

Dziś miałam dzień wyjazdowy. Wizyta kontrolna u neurologa. Z  wynikami badań. Szybko poszło, spotkań koleżeńskich nie umawiałam , bo pogoda pod zdechłym Azorkiem. Lało bez opamiętania przez całą drogę  "w te i nazad". Wycieraczki ledwie nadążały wycierać to mokre z szyb. Następna wizyta - najbliższy wolny termin - maj.

Święta prawie tuż za miedzą, a ja jeszcze nie krzątam się w ogóle. Ale od jutra chyba zacznę, bo na weekend przyjadą goście "przedświąteczni". Będzimy opłatkować i wigiliować.

Zrobiłam już listę zakupów i do garów, jak tylko mąż te zakupy przywiezie.

Piesek zaopiekowany, grzeczny. Chodzi 3 razy na spacery, resztę czasu spędza, śpiąc na kanapce albo w swoim legowisku. Oby tak dalej. 

No  i to by było chyba na tyle tych dzisiejszych dyrdymałków. 

Na koniec prośba do odwiedzających a nie komentujących. Ujawnijcie się od czasu do czasu, bo było by mi miło wiedzieć, kto mnie "odwiedza".

niedziela, 30 listopada 2025

Niedziela

 Niedziela nudna jak zwykle. 

Pielęgnacyjne zabiegi nogi.

Serial w Netflix.

Bardzo słodka galaretka (wykonanie mężowskie) z rodzynkami, gruszkami z kompotu i kostkami ptasiego mleczka. Wyjadłam pół tego czegoś z pucharka, więcej nie dało rady. 

Niedzielne "łącza" z rodziną. Szwagier, mąż mojej siostry, w kiepskim stanie. Młodszy syn po operacji nosa. Starszy dzwonił z zapowiedzią o podrzuceniu nam psa do  zaopiekowania.

Może "tutejsze" dzieci przyjadą w święta. Jadą gdzieś w tropiki na 2 tygodnie, nam zostawią psa pod opieką. Właściwie to pod męża opieką, ja na dwór teraz nawet nie wyjeżdżam. Wracać mają w środku wigilijnej nocy. Pewnie przyjadą prosto z lotniska. Może tym razem poświętujemy z rodziną. Pewnie krótko, ale zawsze to coś.

Przed świętami mam dwa wyjazdy i jedno zaproszenie na imprezę. Wyjazdy do lekarza (9 grudnia) i na testy (23 grudnia). Planujemy koleżeńskie spotkanie opłatkowe.

Zaproszenie na 8 grudnia - z okazji 50 rocznicy zawarcia małżeństwa. Mamy dostać medal "za zasługi",  o czym zawiadomił nas były prezydent i jego kancelaria już pół roku temu. Obowiązkowo msza w kościele, potem obiad w naszej miejscowej restauracji "doraźnej". Biała Róża. Doraźnej, bo nie jest czynna normalnie, tylko z okazji imprez na zamówienie.

Zdjęcia i listy prezydenckie zamieszczę, o ile mi się uda, w relacji z imprezy. 

Zapowiedzieli się też goście imieninowo-świąteczni. To brat męża z żoną i może też siostra męża. Impreza będzie kombinowana. Trochę tradycyjnych potraw świątecznych i obiad imieninowy. W same imieniny obiad stawia nam miasto.😂 Mam zrobić swoje "popisowe" danie - postną kapustę z grochem i grzybami.

A dziś jeszcze mnie czeka pielęgnacja nogi i może uda mi się coś obejrzeć w telewizorku, o ile mnie sen nie zmorzy.

Postanowiłam, że od czasu do czasu wrzucę tu jakieś swoje wspomnienia. Mam typowe objawy starzenia się. Pamiętam mnóstwo rzeczy z dzieciństwa, średni okres życia tak jakoś nie bardzo, a w dzień bieżący  mocno się nieraz muszę zastanawiać, czy np. rano wzięłam swoją porcyjkę dragów, czyli tabletki. Tak więc wspomnienia będą "tematem zastępczym", jak codzienna  szara nie da mi powodu do popisów pisarskich.

W tym tygodniu miałam jedną "przygodę". O mały włos nie spróbowałam jak to jest, gdy się ma głowę w klozecie. Coś tam podnosiłam z podłogi w łazience i pchnęło mnie akurat głową w stronę muszli klozetowej. Na szczęście wyratowałam się z opresji opierając się na spłuczce. Ale sceny z filmów, w których "namaczają" kogoś w klozecie, ciągle mi siedzą w głowie.

Dziś chodzi za mną piosenka "Hawana", próbowałam znaleźć na YT, no i się nie udało!

Do następnego..................................



 


piątek, 28 listopada 2025

zawiesiłam się........................

 Napisałam pół posta, ale się zawiesiłam na zdjęciach. Schował mi się pasek narzędzi i nie wiedziałam, jak go przywrócić. To, co napisałam - wykasowałam. Druga próba.


  • W ramach wprawek wstawiłam zdjęcia swoich grudników, które zakwitły w listopadzie i teraz już przekwitają.
Mizerne są bardzo, a mają już dobrych parę lat. Wyglądają tak samo (kwiatki). Jak się dobrze przyjrzeć, to delikatnie się różnią odcieniami. Jeden jest bardziej łososiowy, drugi bardziej cyklamenowy. Za to pączki wypuszczają różne. Jeden białe, drugi różowe.

Pasek się znowu schował, a ja na razie się poddaję. Muszę się skonsultować z jednym z synków.

Do następnej próby..............................


wtorek, 25 listopada 2025

kopanie się z koniem..............

 Brak umiejętności mi doskwiera. Nie wiem gdzie szukać różnych funkcji, żeby jakoś się rozpatrzeć w tym miejscu. 

Wczoraj udało się wstawić zdjęcie, ale do posta, a chciałabym żeby było na "otwarcie" bloga. 

Może metodą prób i błędów coś wykombinuję. 

poniedziałek, 24 listopada 2025

wprawka

powroty................

Zaczęłam pisać tego bloga ładnych parę lat temu.Popełniłam 2 wpisy. Z powodów niewiadomych jakoś zaniechałam pisaniny. "Zawrzało i zgasło". To kolejna próba. Będzie to zwyczajna pisanina o wszystkim i o niczym, ot takie wynurzenia emerytki w podeszłym wieku, "uziemionej" na wózku. Dzisiaj to tyle, na razie jeszcze wena gdzieś tam się czai za mną, ale może wyjdzie z ukrycia. Do następnego........................

piątek, 7 czerwca 2013

moje "epokowe" odkrycia...

Moje "odkrycie" pierwsze dotyczy ogrodnictwa! Jako początkująca ogrodniczka wpadłam wczoraj na "genialny" pomysł, który pewnie wszystkim, co się grzebią w ziemi jest doskonale znany!
Otóż postanowiłam przygotować sobie miejsce na rabatkę kwiatową! Ale takie zarośnięte  to miejsce wybrałam, że motyczką bym się do następnej wiosny nie "dorobiła". Obkopałam więc kształt tej rabatki łopatą (wbijałam miejsce, przy miejscu, odchylałam trochę darń, i tak w kółko!). Potem zdejmowałam darń już przy pomocy motyki, po sporym kawałku. Zwijała mi się w rolkę!!! W ten sposób grzędę miałam gotową za godzinkę! Normalnie zajęło by mi to tydzień! Bo dziabałabym ( jak dotąd!) motyczką i wydłubywała pracowicie wszystkie chwasty i chwaściki!!!!
Drugie moje "odkrycie" dotyczy wagi (mojego ciała!) z którą walczę( albo udaję, że walczę!) przez większość swojego dorosłego życia! Otóż waga spada proporcjonalnie do zawartości lodówki. Im mniej w lodówce, tym waga niższa!!!! Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma!!!!Pewnie to "odkrycie" też jest doskonale znane wszystkim"puszystym".
Jak coś jeszcze odkryję, to zapiszę!

środa, 5 czerwca 2013

początki...

Postanowiłam zacząć pisać!!!Na razie tak do szuflady !!! Mam potrzebę niepohamowaną przelewania swoich różnych przemyśleń!!! Zobaczymy, jak mi pójdzie ta pisanina!