Mamy mieć dziś wizytę duszpasterską.
W oczekiwaniu:
- mąż nie pojechał po zakupy, chleb upiekł sam, reszta jedzonka jeszcze się tajniaczy w lodówce,
- zjedliśmy byle jaki obiad na szybko: smażone wczorajsze ziemniaki, jajko sadzone i ogórek kiszony (no bo nie wiadomo czy przyjdzie i kiedy przyjdzie, więc się nie rozkładamy z gotowaniem, kolacyjką się niedobory uzupełni).
- uporządkowałam swoją jedną szafę i jedną komodę,
- przeczytałam poradnik bezpieczeństwa, który mi państwo przysłało,
- nastawiłam pranie,
- odbyłam poświąteczną rozmowę z siostrzenicą,
- wymyślam atrakcje dla angielskich, mają przylecieć w połowie lutego - na tydzień(!!!),
- ułożyłam 3 obrazki z puzzli i dwa pasjanse,
- chyba się wezmę za czytanie.
Jutro sylwester. Nie wiem czy dotrwam do północy, żeby wypić po kieliszku szampana. Dziś znowu miałam 3 godziny przerwy śródnocnej.
Nie pasuje mi, że mam skakać tu i tu
OdpowiedzUsuńOj tam , to "dla zdrowotności"🤩
UsuńI jeszcze odkąd usunęłam swojego bloga to jestem anonimem
OdpowiedzUsuńA nie masz konta Google?
UsuńAle i tak Cię "rozpoznałam".😍
UsuńManiu uwielbiam Twoje określenia :) Tajniaczyć w lodówce podkradam .Miłego przygotowywania do sylwestrowego hihi szaleństwa.Pozdrawiam Sarunia
OdpowiedzUsuńOd końca czytam Twoje zapiski, Maniu 😉 Dobrze pamiętam to sztywne "oczekiwanie na księdza". Cała chałupa na baczność wiele godzin, bo nie wiadomo, kiedy przyjdzie. Od kiedy nie przyjmujemy wizyt "duszpasterskich" , jest spokój, który sobie bardzo cenię.
OdpowiedzUsuń