Obserwatorzy

środa, 31 grudnia 2025

ach ten Sylwester...................

 Chłopaki z sąsiedztwa nie mogą się doczekać północy. Już o czwartej puszczali pierwsze fajerwerki.

U nas skromnie sylwestrujemy.  Zrobiłam sałatkę grecką, do tego grzanki pełnoziarniste i po pralince na deser. Wystarczy... No, chyba że coś tam jeszcze wpadnie. 

O północy lampka szampan - mam nadzieję, że pomoże się przespać całonocnie, jak nie to poprawię tabletką. Mąż mi dzisiaj kupił jakieś ziołowe usypiacze, bo zdecydowanie dosyć mam tych przerw śródnocnych.

A jutro koncert noworoczny z Wiednia obowiązkowo, a poza tym dzień jak co dzień. 



wtorek, 30 grudnia 2025

takie tam..................

 Mamy  mieć dziś wizytę duszpasterską.

W oczekiwaniu:

- mąż nie pojechał po zakupy, chleb upiekł sam, reszta jedzonka jeszcze się tajniaczy w lodówce, 

- zjedliśmy byle jaki obiad na szybko: smażone wczorajsze ziemniaki, jajko sadzone i ogórek kiszony (no bo nie wiadomo czy przyjdzie i  kiedy przyjdzie, więc się nie rozkładamy z gotowaniem, kolacyjką się niedobory uzupełni).

- uporządkowałam swoją  jedną szafę i jedną komodę, 

- przeczytałam poradnik bezpieczeństwa, który mi państwo przysłało,

- nastawiłam pranie, 

- odbyłam poświąteczną rozmowę z siostrzenicą,

- wymyślam atrakcje dla angielskich, mają przylecieć w połowie lutego - na tydzień(!!!),

- ułożyłam 3 obrazki z puzzli i dwa pasjanse, 

- chyba się wezmę za czytanie.

Jutro sylwester. Nie wiem czy dotrwam do północy, żeby wypić po kieliszku szampana. Dziś znowu miałam 3 godziny przerwy śródnocnej.



niedziela, 28 grudnia 2025

poświąteczne rozkminy................wieloczęściowe

 Mężowskie rozterki (kopia z pamiętnika na "Lekkiej").

W wigilię mąż miotał się z choinką. Jak już pisałam, postanowiliśmy, że w tym roku będzie tylko stroik. Ale chyba nie chciało mu się iść po jedlinę do ogrodu, więc się udał na strych, jednak po choinkę.   Najpierw zniósł stolik, na którym ta choinka zazwyczaj stoi. Umył z kurzu, przytargał na "miejsce postoju\" i stwierdził, że jednak nie będzie choinki znosił ze strychu, bo zakurzona i takie tam...

Wsiadł do samochodu i pojechał po ostatnie zakupy, odgrażając się, że kupi albo stroik albo nową choinkę. Zakupy drobne zrobił. ale ani choinki ani stroika nie kupił, bo się po drodze rozmyślił. Stargał jednak tę choinkę ze strychu, ubraliśmy ją wspólnymi siłami, no i jest. 


Oczekiwanie
Stołu nie zastawialiśmy, bo oczekiwaliśmy na przyjazd dzieci po tropikalnych wojażach.
 Symbolicznie sobie zjedliśmy barszczyk, rybkę i kapustę i zasiedliśmy przed swoimi szybkami. 
Ja operowałam na dwóch ekranach - jedno oko na Kevina samego w domu, drugie na Flightradar', z mężowskiego pokoju leciały kolędy spod Tatr.

Jak już naocznie przekonałam się, że około 23 z minutami wylądowali, to ucięłam sobie drzemkę, obliczywszy, że przyjazd zajmie im około 3-4 godzin.

Samolot miał opóźnienie, samochód odebrali dopiero o 24.30. Syn zadzwonił do męża, żeby na nich nie czekać, bo jadą do siebie, bo jest mróz i będą grzać mieszkanie po dwutygodniowej nieobecności. Mąż na takie dictum poszedł w kimono, mnie nie budził. O niczym nie wiedząc, spałam sobie spokojnie do 3 rano, a potem albo mi się zdawało, że widzę światła samochodu prześlizgujące się po moich oknach, albo mi się to przyśniło, albo ktoś sobie skrócił przejazd do drogi przez naszą działkę. Tak czy siak - zerwałam się z łoża, pojechałam do kuchni szykować gary na przyjazd, bo chociaż to nie były światła ich samochodu, to przecież wkrótce przyjadą. 

O piątej rano zorientowałam się jak jakiś bystrzak, że jednak chyba pojechali do domu i zaczęłam sobie wymyślać "mowę powitalną" na temat tego, jak to przecież można było matkę zawiadomić. 

Mąż wstał o siódmej i powiedział mi o telefonie, słysząc jak się "miotam". No to odłożyłam "mowę powitalną" na inną okazję.

Piesek.

Dzieci przyjechały około południa. Opowieści, zdjęcia, filmiki, jedzenie wigilijne. Świąteczne poszło do  lodówki . Poprzestawiały nam się te dni świąteczne.

A piesek nie mógł się nacieszyć. Obawiałam się, że ogon mu odpadnie z tego szczęścia.

 U nas miał przytulaski ale nie za często. Wczoraj syn dzwonił i mówił, że pieskowi jeszcze wciąż  mało przytulanek. A na odjezdne - jedno merdnięcie ogonem i już w samochodzie.

W następny dzień pogadaliśmy z rodziną angielskich oglądaliśmy podchoinkowe prezenty, karaoke w wykonaniu dziewczyn i panów (masakra), uśmialiśmy się po pachy z tych występów męskich. 

Reszta świąt upłynęła nam na drzemkach i ocknięciach.

Dziś mąż popełnił bigos resztkowy i prawie się rozprawiliśmy z tym świętowaniem. 

Dosyć już tego świętowania, a tu jeszcze sylwester i nowy rok przed nami.

wtorek, 23 grudnia 2025

powyjazdowo.....................

Wróciłam pełna wyjazdowych wrażeń.
Badania krótkie, wyniki dobre - czytaj - stosownie do wieku. Pani doktor zadowolona, my z mężem też. Leki pobrane, życzenia świąteczne złożone i odebrane.  Następna wizyta w marcu. 

Spotkanie koleżeńskie tradycyjnie w leclerkowej restauracji. Jedna nieobecna, reszta dopisała. Pochwaliliśmy się naszymi gadżetami jubileuszowymi (mąż to wszystko zabrał!).
Kawa, jedzonko, opłatek, pogaduszki i zaskoczenie, bo dostaliśmy prezenty z okazji byłego jubileuszu małżeńskiego. Jeden konkretny, trochę bardzo fajnych drobiazgów. 
Krótko to trwało, nieraz "urzędujemy" parę godzin, dziś tylko dwie, bo przed świętami każdy miał coś jeszcze pilnego do zrobienia. Jedzenie nie świąteczne. Akurat pierogi wyszły, były tylko z nadzieniem z kaczki. Wybory mieliśmy różnorodne - ja placek po węgiersku, mąż pizza, małżeństwo koleżeńskie - też pizza na pół, koleżanka jedna pierohi z tą kaczką, druga jarskie gołąbki, trzecia nic nie chciała, tylko herbatę, ale że nasze porcje były wielkie, to wmusiliśmy w nią po trochu od każdego. 
Trochę żartów w wykonaniu kolegi Stasia, trochę dyskusji na temat sytuacji i stosunków polsko-ukraińskich, trochę różnych wspomnieniowych historii, i do domu. Mąż zdążył po powrocie jeszcze oblecieć sklepy i dokupić co nieco z tego, co "niezbędne" na święta, wykupił też zamówiony lek dla mnie. 
Piesek zaopiekowany, szalał ze szczęścia jak wróciliśmy do domu i jeszcze "wyprowadził męża na spacer". 
Jest OK.
Zabieram się do robienia ryby po grecku.
Jutro w nocy przylecą dzieci z wywczasów tropikalnych. Może jutro odnajdę tę magię świąteczną.

czwartek, 18 grudnia 2025

Choinka......................

 Ubierać, nie ubierać........................

Nie chce nam się. 

Wnuki  duże, Zuzia wpadnie może na jeden dzień tuż po powrocie z tropików. Choinką już się nie ekscytuje. Inne plewy ma w głowie. Rodzice postanowili, że świat nie obchodzą. Tyrają ciężko przez cały rok, potem lecą gdzieś w tropiki na zasłużony relaks i odpoczynek.

"Angielskie" swoją choinkę ubrały już 1 grudnia.

My z mężem co roku mamy ten problem, odkąd dzieci wyfrunęły z domu. Rzadko razem z nimi  świętujemy a jak już, to wtedy ubieramy to drzewko, stroimy chatę itd. 

Choinkę mamy sztuczną, trochę już naruszoną zębem czasu, ozdoby i bombki raczej w stylu vintage (niektóre jeszcze pamiętają moje dzieciństwo, czyli mają dobre ponad pół wieku). Można by  było wyciąć jakąś żywą z ogródka, ale niszczyć drzewko na kilka dni?

Pewnie zostaniemy przy stroiku. Tylko ja nie mam drygu do robienia ozdób. Ale jakąś gałąź może uda mi się jako tako ozdobić. Stroiki zawsze miałam od szkolnych dzieci. Różne, czasem koślawe, czasem piękne, ale dawane z sercem, to i cieszyły oko.

No nie wiem, "się zobaczy". 

Mąż zakupił cukierki na choinkę, połowę już zjadł, stwierdził, że z miseczki są równie dobre, co zerwane z drzewka. Jak się zdecydujemy na drzewko, to najwyżej się jeszcze dokupi.

O magii świąt i o tym, dlaczego jej nie czuję może napiszę innym razem.


środa, 10 grudnia 2025

śródnocnie...................................

 Moje dolegliwości zerwały mnie dziś ( a właściwie to wczoraj💤) o trzeciej. I tak się bujam. 

Mężowi moje bujanie spać nie dało i też się zerwał przed świtem - przed piątą.

No to co, to wzięliśmy się do kucharzenia. Ugotował się groch, grzyby i kapusta na kapustę wigilijną. Teraz jeszcze udusić cebulę, doprawić, i niech się dusi. 

Może jeszcze jakiś placek popełnię, a potem będę odsypiać. Oprócz zaplanowanego ciasta zwanego "korą dębu" kusi mnie też piernik Ewy Wachowicz. Przepis łatwy, może mnie skusi. 

W dzień pewnie będę odsypiać zarwaną noc, ale na razie jeszcze mnie nie łamie. To sobie latam po socialach.


wtorek, 9 grudnia 2025

informacyjnie................

 Oj ciężko mi się było zebrać do napisania czegokolwiek. 

Wydarzyło się jednak coś w moim monotonnym żywocie, to jest okazja do rozkręcenia się.

W niedzielę przyjechali synostwo w komplecie - syn, synowa i wnuczka. No i piesek. Przyjechali późno, poherbatkowali, wymieniliśmy trochę "informacji", zostawili pieska i pojechali szykować się do wyjazdu. Dziś już lecą gdzieś tam w tropiki. Wrócą w noc wigilijną, to może w tym roku chociaż trochę poświętujemy nie tylko we dwoje. Będzie okazja do ubrania choinki i naszykowania sterty jadła.

W poniedziałek świętowaliśmy 50 lat związku małżeńskiego. Rodzinnie świętowaliśmy 5 lipca. Mieliśmy party ogródkowe w naszym sadzie.

Wczoraj świętowaliśmy gminnie. Urząd organizuje co dwa lata takie święto (żeby było więcej uczestników?). Było 28 par małżeńskich + notable.

Najpierw obowiązkowo uroczystość w kościele. Msza, przemowy i odnowienie (?) przysięgi.

Potem w restauracji część świecka. Przemowy, toast i dekoracja . Medale za "zasługi", dyplom, kwiaty, prezent, fotki z notablami. 

Atmosfera miła, ale jubilaci stonowani. Bez szaleństw. 

Obiad, deser i tort okolicznościowy . 

Przygrywał dyskretnie zespół młodych muzyków. Podobało mi się. Klasyczne przeboje polskie i światowe swingujące albo jazzujące. Jeden z uczestników miał ochotę na tańce, reszta jednak się nie wychylała. Po obiedzie towarzystwo zaczęło powoli się rozchodzić, no to i my się ewakuowaliśmy. Ale cały dzień wypełniony. Potem już tylko herbatka, serial i spanko.

Panie były wystrojone odświętnie. Suknie w różnych kolorach, plisowanki. Fryzury prosto od fryzjera. (Jak to mawiała moja siostra - świąteczne "grempliny" przyodziały. Młodzi to chyba nawet nie wiedzą co to te "grempliny".  Tak naprawdę to coś, to kremplina,  materiał półelastyczny na suknie. Noszony w ubiegłym stuleciu. Żartuję sobie w tym momencie), panowie w garniturach (na ogół). Cały przebieg uroczystości obfotografowano, a burmistrz zrelacjonował na fejsbuku.

Wczoraj też były moje imieniny. 

Niestety, rodzina z życzeniami zapomniała się wychylić. Starszy syn z przychówkiem zaaferowany kończeniem pilnych prac w gospodarstwie i wyjazdem, młodszy jakoś zupełnie zapomniał, co mu się wcześniej nie zdarzało. Mąż przypomniał sobie dziś rano (lepiej późno😊 niż później). Siostra zaabsorbowana chorobą męża. Tylko siostra męża zadzwoniła w niedzielę, bo wiedziała, że w poniedziałek będziemy się ceremoniować. 

No i koleżanki telefoniczne dopisały. Takie, z którymi mam kontakt telefoniczny właśnie przy okazji imienin, świąt, itp.

Dziś miałam dzień wyjazdowy. Wizyta kontrolna u neurologa. Z  wynikami badań. Szybko poszło, spotkań koleżeńskich nie umawiałam , bo pogoda pod zdechłym Azorkiem. Lało bez opamiętania przez całą drogę  "w te i nazad". Wycieraczki ledwie nadążały wycierać to mokre z szyb. Następna wizyta - najbliższy wolny termin - maj.

Święta prawie tuż za miedzą, a ja jeszcze nie krzątam się w ogóle. Ale od jutra chyba zacznę, bo na weekend przyjadą goście "przedświąteczni". Będzimy opłatkować i wigiliować.

Zrobiłam już listę zakupów i do garów, jak tylko mąż te zakupy przywiezie.

Piesek zaopiekowany, grzeczny. Chodzi 3 razy na spacery, resztę czasu spędza, śpiąc na kanapce albo w swoim legowisku. Oby tak dalej. 

No  i to by było chyba na tyle tych dzisiejszych dyrdymałków. 

Na koniec prośba do odwiedzających a nie komentujących. Ujawnijcie się od czasu do czasu, bo było by mi miło wiedzieć, kto mnie "odwiedza".